Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 października 2025

Bykowe według Glogera

Zaloty. W stylu XIX wiecznego europejskiego 
romantyzmu wygenerował Copilot. 
 

Bykowe, kara czyli wina, opłacana dworowi za uwiedzenie dziewki poddańczej. Tak wymagało stare prawo zwyczajowe, że w którym domu nastąpiło uwiedzenie dziewczyny, tam gospodarz, u którego służyła i pod czyją opieką zostawała, albo ojciec (jeżeli była u rodziców), wreszcie sam winowajca opłacał do dworu za ten występek karę, zwaną „bykowem“. Bykować — znaczyło karę bykowego opłacać. Pisarze nasi z wieku XVI i XVII często o tym zwyczaju wspominają. Wzmiankuje o nim „Stadło małżeńskie, z r. 1561. Gawiński w „Sielankach“ pisze: „Z ciebie staroście, gdy mu co rok bykujesz, dobry procent roście“. Szymonowicz także w Sielankach powiada:

Chociaż czeladź trzymają gorzej niż w klasztorze,
Przecie co rok bywają z bykowym we dworze.

Trzeci sielankopisarz Zimorowicz równie nie przemilcza tej kwestyi, widocznie w życiu sielankowem nie należącej do rzadkich wypadków:

Nie wiele on sieluszkom na fawory tracił,
Tylko bykowe przez rok kilka razy płacił.

Wreszcie pisze o bykowem i W. Potocki w swoich Jovialitates, tudzież autorowie duchowni uniccy i prawosławni, ci, którzy pisali w wieku XVII po polsku, jak Sakowicz, archimandryta dubieński, i Piotr Mohiła, metropolita kijowski.

(Encyklopedia Staropolska Zygmunta Glogera)

środa, 1 października 2025

Wysadzamy Kamieniec ... czyli o niepolskim romantyzmie

Kadr z serialu "Przygody Pana Michała"
 

Czy nasi XVII wieczni przodkowie byli romantykami uwielbiającymi wielkie, dramatyczne gesty? Przeciętnie tak myślimy, a jako przykład owe romantyzmu podawane jest często „wysadzenie Kamieńca Podolskiego” w dniu kapitulacji obrony 26 sierpnia 1672 roku. Henryk Sienkiewicz wielkim pisarzem był i biada temu, kto będzie mi to negował. Faktem wszakże jest, że jego wielki talent wypełnił naszą pamięć historyczną różnymi pięknymi opowieściami tak skutecznie, że czasem nie odróżniamy pisarskiej fantazji od prawdziwej historii. W powieści to Ketling rzuca pochodnię na prochy i powoduje wielką eksplozję, w której ginie również dowódca załogi pułkownik Wołodyjowski. Obaj wypełniają złożoną wcześniej przysięgę że „żywi nie opuszczą twierdzy”. Aż chciałoby się zawołać jakże to wielkie, jakie romantyczne …. itd. Jaka była prawda? „Nieco” inna. 
Fakt, że Sienkiewicz nie nagiął historii tak bardzo jak się nam to zwykle wydaje. Kamienieckie prochy prawdopodobnie wysadził protoplasta literackiego Ketlinga – major artylerii w służbie Rzeczypospolitej, kurlandzki szlachcic Hejking herbu własnego. Współcześni uznali, że uczynił to z poczucia honoru w desperacji i rozpaczy nie chcąc oddawać Turkom twierdzy, którą przysięgał bronić. Z kolei biskup kamieniecki Lanckoroński twierdził, że Hejking chciał w ten sposób ukryć swoje malwersacje w gospodarowaniu zapasami twierdzy. Osobiście pozwolę sobie uznać tą teorię za najmniej prawdopodobną. Nie możemy też wykluczyć, że eksplozja była skutkiem przypadkowego zaprószenia ognia – taką wersję oficjalnie podano Turkom. W wyniku wybuchu doszło do tragedii. Zginął nie tylko pułkownik i stolnik przemyski Jerzy Wołodyjowski herbu Korczak, ale też kilkuset jego żołnierzy. Była to więc tragiczna masakra, co wyklucza jakikolwiek współudział pułkownika. Był doświadczonym żołnierzem i na pewno dobrym dowódcą. Dopóki mógł bronił twierdzy. Na pewno ciężko przeżył jej upadek, ale uzyskawszy wyjście na honorowych warunkach chciał dołączyć do sił hetmana Sobieskiego i walczyć dalej. Przede wszystkim i ponad wszystko – na pewno nie zabiłby swoich żołnierzy. Czy Hejking, kurlandzki Niemiec, zrozpaczony upadkiem twierdzy mógł wysadzić prochy? Mógł i nie byłoby to niczym niezwykłym. Historia pokazuje, że takie tragiczne gesty zdarzały się wówczas właśnie przedstawicielom „nacji pludrackich”. Naszym przodkom takie poczucie Honoru było zdecydowanie obce. Cześć rycerska nakazywała walczyć ze wszystkich sił, wycofać się kiedy będzie „mus” i walczyć dalej. Zaszczytnie było polec w boju za Rzeczpospolitą …. ale zabijać siebie dla romantycznego gestu? XVII wieczni Polacy chyba wyśmialiby mnie bez litości gdybym wyskoczył do nich z taką kwestią. Żeby było jasne – Hejking mógł wysadzić te prochy …. ale nie zaryzykuję tutaj kategorycznego twierdzenia. Przecież to też był doświadczony wojskowy a o jego zasługach świadczy choćby to, że właśnie jemu powierzono dowództwo artylerii w najważniejszej twierdzy Rzeczypospolitej. Mógł … nie znaczy „na pewno zrobił”. Polski romantyzm, zdolny do wielkich i tragicznych gestów to dopiero XIX wiek. Wcześniej …. też go nie brakowało, ale przejawiał się raczej w takich dyscyplinach jak „amory” a nie w „sztuce marsowej”.

sobota, 27 września 2025

Nago po Warszawie ...

Książę Józef Poniatowski. 
Mal.J. Grassi.

Księcia Józefa Poniatowskiego pamiętamy heroicznie i tragicznie. Falencka grobla, po której z fajką w zębach prowadził polską piechotę na bagnety. Ostatni skok do Elstery, poprzedzony przyrzeczeniem, że "tylko Bogu odda Honor Polaków". Warto wszakże zauważyć, że ów niekwestionowany bohater naszej historii ma również na swoim koncie wiele wyczynów .... powiedzmy ... nieco innej natury. Przykładem może być choćby sławna galopada nago po Warszawie. Nieco szczegółów przedstawiła Henrietta z Działyńskich Błędowska:
„W owym czasie swawoli rozmaite rzeczy się działy, między innymi razu jednego stanął zakład, że przed obliczem króla i całego wojska i zebranej publiczności pokażą się w kostiumie ojca Adama książę Józef Poniatowski, synowiec króla, książę Kazimierz Sapiecha, mój ojciec i stryj. Książę Sapiecha z moim ojcem w koczu, stryj mój z tyłu za lokaja, a książę Józef za furmana. Podczas parady na dziedzińcu saskim zajeżdża ten ów pojazd, defilując koło wszystkich. Krzyk się zrobił, damy zaczęły oczy zakrywać. Wnet rozkaz królewski, aby łapać, aresztować zuchwalców, a książę skierowawszy konie na swój pułk, któren rozstąpił się, aby wpuścić swego wodza, i uszykował się znowu – a pojazd wpadł do bramy pierwszej kamienicy. Tylnymi drzwiami furman prawdziwe konie wyprowadził, a panowie przebrawszy się na wierzchowców powsiadali, przyjechali. Stając na czele swoich pułków pytają się co to był za rumor. Uszło im”.
Zakład omal nie skończył się wstąpieniem księcia Józefa do ... zakonu. W obawie przed gniewem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, bratanek króla skrył się podobno pod szatami zakonnika. Dopiero, dzięki pośrednictwie między innymi biskupa Michała Poniatowskiego, udało się sprawę załagodzić i pogodzić księcia z obrażonym wujem.
 

Kobieta w szlacheckiej Polsce


Stroje pana i matrony polskiej z XVI wieku. 
Podług rycin w dziełach Ferdynanda Bertelli i Jost Amona. 
Rys. J. Kossak.

"Miły i wdzięczny a tobie równy towarzysz"
("Życie polskie w dawnych wiekach", Władysław Łoziński)

Gdyby jedyną i rozstrzygającą cechą obyczajowej kultury było stanowisko kobiety, to szlacheckiej Polsce należałby się może z tego tytułu prym między narodami. Stanowisko żony i matki było w całym tego słowa znaczeniu dostojne; wpływ kobiety wielki, często nawet przemożny. Żona "klejnot drogi", żona "miły i wdzięczny a tobie równy towarzysz", żona "ozdoba mężowi", żona "głowy korona" - wszystkie te nazwy spotykane ustawicznie u naszych starych poetów i pisarzy, począwszy od Reja i Kochanowskiego , a skończywszy na najpózniejszych to nie były tylko czcze słowa, jak tyle innych w naszej nie zawsze szczerej literaturze, to była cała prawda; stwierdzają to wszystkie inne, najmniej podejrzane zródła obyczajowe przeszłości: akta sądowe, intercyzy, testamenty, listy poufne, nie mówiąc już o pamiętnikach. Jest to rys naprawdę charakterystyczny, że żonie nadawano zazwyczaj nazwę "przyjaciela". 
Nie tylko szlachta, ale i wielcy panowie, którzy łatwiej i wcześniej odbiegali od staropolskiego słownika i obyczaju, przyjacielem mianują żonę. Janusz Radziwiłł prosząc króla Władysława IV o pomoc do ręki panny Potockiej, zaklina go, aby nie odmówił, "bo tu nie u urząd, nie o wakancję idzie, ale o wiecznego przyjaciela". Jerzy Ossoliński starając się o Daniłłowiczównę , według słów własnych "szuka przyjaciela jako najdroższy skarb i największe po łasce Boga błogosławieństwo". Franciszek Sapieha, koniuszy wielki litewski, w testamencie swoim z roku 1683 żegna "najmilszego po Bogu przyjaciela, małżonkę Annę z Lubomirskich". Książę Albrecht Radziwiłł, zrzekając się mimo woli ręki wojewodzianki sandomierskiej na rzecz swego synowca; powiada że odstępuje mu "od Boga naznaczonego przyjaciela". Wojewodza miński Krzysztof Zawisza mówi w swoim pamiętniku, że "cokolwiek ma reputacji u świata i błogosławieństwo od Pana Boga, ma to z osobliwej łaski Opatrzności, że mu dał przyjaciela Teresę Tyszkiewiczównę". 
Pod tą nazwą przyjaciela kryje się wyraz emancypacji kobiety w najpiękniejszym znaczeniu tego słowa. Widząc w żonie przyjaciela, dawano jej niejako niezawisłość od znikomych warunków upodobania , od młodość i piękności; wymagano od niej nie tylko sentymentu, ale i męstwa, nie tylko serca, ale i rozumu i czynu.


("Życie polskie w dawnych wiekach", Władysław Łoziński)

 

niedziela, 14 września 2025

Pocałunek polski

Pocałunek polski. Grupa porcelanowa 
z początku lat 40-tych XVIII wieku.

Teofilia Konstancja z Radziwiłłów Morawska - mezalians stulecia

Teofila z Radziwiłłów Morawska.

Teofilia Konstancja z Radziwiłłów Morawska (ur. 3 września 1738 w Nieświeżu, zm. 1807) – polska arystokratka doby oświecenia, literatka i kolekcjonerka. Autorka „Diariusza podróży 1773-1774”, który jest jednym z nielicznych opisów podróży polskich kobiet w XVIII w. Założycielka gabinetu historii naturalnej w Wilnie, gdzie zgromadziła wyjątkową kolekcję eksponatów przyrodniczych, które zebrała podczas swoich europejskich podróży. Znana z mezaliansu ze zwykłym szlachcicem, który wywołał rodzinny skandal.
Swoje młodzieńcze lata spędziła w rodzinnej posiadłości w Nieświeżu, gdzie od dziecka brała udział w licznych wydarzeniach towarzyskich i kulturalnych. Szczegóły z dziecięcych lat Teofilii Konstancji znane są między innymi z obszernego diariusza, który prowadził jej ojciec, Michał Kazimierz.
Pojawiają się tam informacje o licznych kreacjach aktorskich w które księżniczka wcielała się na deskach nieświeskiej i albińskiej sceny w sztukach autorstwa jej utalentowanej literacko matki, Franciszki Urszuli. Prawdopodobnie pierwszy raz zagrała w teatrze rodzinnym w sztuce „Miłość dowcipna” w 1746 roku. Posiadamy również informacje o występach Radziwiłłówny w sztukach takich jak Opatrzności boskiej dzieło (1746), Interesowny sędzia miłość (1748), Sędzia bez rozsądku (1749) i Z oczu się miłość rodzi (1758) w roli Dorydy. Z dalszych zapisków jej ojca wynika, że Teofilia była również wielbicielką rycerskich turniejów, które miała okazje oglądać w założonej przez Michała Kazimierza pobliskiej szkole kadetów, oraz myślistwa.
Marcin Matuszewicz opisuje księżniczkę jako osobę energiczną i zdecydowaną. Radziwiłłówna wielokrotnie odrzucała propozycje małżeństwa od kawalerów wybranych przez jej ojca.
Z dalszych zapisków Matuszewicza wiemy, że po śmierci ojca w 1762 r. Teofilia musiała zmierzyć się z pijaństwem brata Karola „Panie Kochanku”, który razem ze wspomnianym Pacem, nadal starającym się o jej rękę, urządzał nierzadko alkoholowe libacje. Któregoś razu młody konkurent w stanie upojenia ,,szpetnie połajał” Teofilię, a nawet razem ze swoim kompanem księciem Karolem do niej strzelał.
Wybrankiem serca Teofilii okazał się w 1764 r. Ignacy Feliks Morawski herbu Dąbrowa (1744-1790), który był w tym czasie kornetem, czyli podchorążym huzarów milicji radziwiłłowskiej. Wbrew obawom rodziny, małżeństwo księżniczki przetrwało próbę czasu. Morawscy doczekali się trojga dzieci: Duklany (ur. 1765), Katarzyny (ur. 1766) i Karola (1767-1841).
Diariusz Morawskiej jest typowym przykładem osiemnastowiecznego piśmiennictwa, jednak w wielu fragmentach możemy zauważyć wyjątkowo literacki język, jakim potrafiła posługiwać się autorka. Pomiędzy klasycznymi relacjami podróżniczymi możemy odnaleźć barwne opisy, wyszukane metafory, a także przemyślenia Teofilii Konstancji na temat ówczesnych czasów, religii, filozofii, służby oraz swojej rodziny.
Jak wynika z jej pamiętników, Morawska rozpoczęła swą podróż z Wilna w połowie maja 1773 roku. 19 maja przekroczyła granicę pruską, a w Królewcu była 21, a do gdańska przybyła 25. Tego miesiąca. Wojaż rozpoczęła wspólnie z siostrą męża, a cała jej służba mieściła się na jednym wynajętym pojeździe z furmanem. W dalszej podróży Teofilii towarzyszył Kazimierz Kaszyc, krajczyc mścisławski, pochodzący z rodziny klienteli radziwiłłowskiej, który służył za tłumacza. Przejazd przez kraje niemieckie trwał prawie dwa miesiące. Morawska poświęciła sporą część diariusza jedynie zwiedzaniu Kołobrzegu, Berlina, Poczdamu, Wittenbergi, Frankfurtu nad Menem. Podróżni zatrzymali się również na jakiś czas w Mannheimie, gdzie Teofilia spotkała przyrodniego brata Hieronima Radziwiłła, brata swojego męża Mikołaja oraz innych jeszcze Polaków. Na początku sierpnia przed Strasburgiem gdzie spotkała się ze swoim bratem Karolem, oraz Albrychtem Radziwiłłem, starostą rzeczyckim. Razem z bratem udała się do Baden w Szwajcarii, gdzie ten miał się spotkać z kilkoma polskimi marszałkami i konsyliarzami konfederackimi. Morawska prawdopodobnie również brała udział w tych spotkaniach. W swoim pamiętniku spisała skrupulatnie nazwiska i godności wszystkich ich uczestników.
Morawska dołączyła do brata również w jego podróży do Paryża, gdzie przebywała prawie dwa miesiące. Czas w stolicy Francji poświęciła na zwiedzanie miasta i okolic, naukę francuskiego, tańce, malowanie oraz „inne zabawy”. W Paryżu również spotkała się z Polakami przebywającymi na emigracji. W drodze powrotnej zwiedziła Reims i Metz.
Na przełomie grudnia 1773 i stycznia 1774 autorka dzienników wyruszyła w podróż do Italii, gdzie zwiedziła m.in. Wenecję, Rzym, Pompeje i Herkulanum. W czasie ponownej wizyty w Rzymie Morawska dostąpiła zaszczytu audiencji u papieża. W dalszej części swojej podróży autorka zwiedziła m.in. Pragę i Drezno, które również opisała na kartach swojego diariusza.

Artykuł na stronie Muzeum Pałacu w Wilanowie
Artykuł na Historia Poszukaj

niedziela, 26 maja 2024

Jakub Haur o małżeństwie

Pierwsza strona wydania z 1679 roku.
Obrady małżeńskie.

Wszelki stan ma mieć swoje od Pana Boga przeznaczenie i powołanie, osobliwie Małżeński, który jest prawie pierwszym do tej społeczności postanowionym Ślubem, a potem od Kościoła powszechnego utwierdzonym Sakramentem. A że w Raju swój bierze początek, to też jako w Raju (niedopuściwszy między siebie nienawistnego węża) ma być spólna miłość, szczerość i nigdy nierozerwana zgoda, jedno drugiego aż do samej śmierci życzliwie szanując i komentując. Do tego w przygodzie każdej Przyjaciel potrzebny, a któregoż by inszego poufalszego jeśli nie dożywotniego użyć, doznać i doświadczyć, a któryż jest inszy bez prywaty, bez interesu? Podobnoby się o nim nigdzie nie dopytał, ani ze świecami na świecie znalazł. W tym tedy będąc stanie, który jest wszelką każdego człowieka ozdobą przystojności, pożądanych ubeśpieczeniem pociech, i nadzieją szczęśliwości, ile gdzie jest fama szczera i prawdziwa w Małżeństwie jedność i poufałość, a przeto kto chce może się takim kontentować powołaniem.

Fragment z "Ziemianska generalna oekonomika : obszernieyszym od przeszłey edycyey stylem svpplementowana i we wszytkich punktach znacznie poprawiona [...]".

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Szczodry dzień - Dzień Trzech Króli według Glogera

Pokłon Trzech Króli. Mal. Hugo van der Goes.

Szczodry dzień.
(Encyklopedia Staropolska Zygmunta Glogera).
Dzień Trzech Króli, jako dzień darów składanych przez królów Jezusowi, zwano „szczodrym dniem”, a poprzedzający to święto wieczór zwano „szczodrym wieczorem”, w który rozdawano dzieciom, czeladzi i krewnym upominki i pierogi, zwane ,,szczodrakami”. Szczodry wieczór zakończał „święte wieczory”, t. j. wieczory od Bożego Narodzenia do Trzech Króli, w które nie godziło się pracować tylko śpiewać kolędy i zabawiać towarzysko. O zwyczaju tym mówi stare przysłowie naszego ludu: „Od Godów do Nowego Roku, siedź prządko jeno do zmroku, a od Nowego Roku do Trzech Króli – do samej wieczerzy”. Rawita (Gawroński) wydal książeczkę p. n. „Szczedrówki powiatu Dobromilskiego” (Lwów, 1899 r.).

sobota, 7 stycznia 2023

Czary i Czarownice według Glogera - cz. II

Pierwsza strona 'Młota na czarownice" 
(wydanie z 1614 r.).

Czary i czarownice - część II 
(Encyklopedia Staropolska Zygmunta Glogera).

"Proces o czary w prawie magdeburskiem rozpoczynał się od oskarżenia, wniesionego przez powoda do sądu z wyszczególnieniem zarzutów, np. uszkodzeń na zdrowiu, bydle, urodzaju i t. p. Sąd zadawał pytania skarżącemu i świadkom, a na oskarżonym wymuszał odpowiedzi za pomocą tortury, powtarzanej trzykrotnie. Zasadnicze pytania były: skąd się czarować przestępczyni nauczyła i jak dawno, z jakiej czarowała okazyi? ile zna czarownic? gdzie jest Łysa góra? jakie zadawała czarostwa? Po zbadaniu oskarżonej, sąd przesłuchiwał świadków. Odpowiedzi zazwyczaj świadczyły, że umiejętność czarowania, nabywana od różnych niewiast, zasadzała się na wsypywaniu do mleka grzybków startych na proszek, uzbieranych przed wschodem słońca; na fabrykowaniu myszy z odpowiednio ułożonych i ochuchanych liści i na rzucaniu włosów do potraw Torturowane przestępczynie bredziły wreszcie, na którą łysą górę jeździły nocą na łopacie lub miotle, aby obcować tam nieprzystojnie z djabłami, tańczyć, warzyć zioła, bluźnić i t. p. Jako środka do otrzymania dowodu używano także pławienia. Wierzono, że czarownica utrzymywała się na powierzchni wody, zaś niewinnie oskarżona pogrążała się w głąb. Dekret orzekał za czary spalenie na stosie lub chłostę i wypędzenie z miasta. Posądzano najczęściej niewiasty stare, zabobonne i kłótliwe, rzadko obwiniano mężczyzn. R. 1595 wyszła w Krakowie książka p. n. „Pogrom, czarnoksięskie błędy, latawców zdrady i alchemickie fałsze jak rozprasza Stanisław z Gór Poklatecki”. Potem część dzieła inkwizytorów: Henryka Institora i Jakóba Sprengera, wydanego w Kolonii p. t. „Malleus maleficarum”, przetłómaczył na język polski i ogłosił w Krakowie r. 1614 p. n.: „Młot na czarownice” Stanisław Ząbkiewicz, sekretarz księcia Ostrogskiego. Był to niejako kodeks karny w sprawach o czary, żywcem z Europy zachodniej przeniesiony. Inne stanowisko zajmuje dziełko nieananego autora: „Czarownica powołana, albo krótka nauka i przestroga ze strony czarownic”, ogłoszone w Poznaniu r. 1639 i powtórnie w Gdańsku r. 1714. Podziela ono wprawdzie wiele ówczesnych poglądów na czary, niemało ich jednak poczytuje za zabobon; przy dochodzeniu tego rodzaju przestępstw zaleca oględność i potrzebę nagromadzenia dowodów licznych i oczywistych. W dziełku „Thesaurus Magicus domesticus” (Kraków, 1637 r.) autor wykłada czarnoksięstwo, które – jak sam o sobie powiada – od lat 37 praktykuje. W „Bibljotece Warszawskiej” (z kwietnia r. 1844) znajduje się opis ciekawego procesu w r. 1728 przeciw Kazimierzowi Kamińskiemu, który faktycznie zapisał duszę swoją djabłu. Cyrograf ten przedstawiony był w oryginale sądowi krakowskiemu:.

piątek, 23 grudnia 2022

Wigilja Bożego Narodzenia według Glogera

Boże Narodzenie.
Drzeworyt z 1639 roku.

Wilja, wigilja — przedświęcie, dzień święto poprzedzający, tak nazwany z łac. od czuwania, chrześcijanie bowiem noc poprzedzającą dni uroczyste na czuwaniu i modlitwie spędzali a zwykle i dzień przedświąteczny pościli. Najuroczyściej zaś z wieczorną ucztą postną obchodzili wigilję Bożego Narodzenia. Zwyczaje polskie do tej wilii przywiązane podaliśmy w dziele „Rok polski w życiu, tradycyi i pieśni” Warszawa, r. 1900, str. 19 – 65. Ciekawe szczegóły o dawnych zwyczajach wigilijnych podał „Tygodnik Illustrowany” w artykule p. n. „Rozmaitości”, serja I, tom XIV, nr. 378. Stawianie snopów zboża po rogach izby, w której zasiadają do uczty wigilijnej, dotąd napotykane u ludu, było zwyczajem niegdyś we wszystkich warstwach powszechnym. U pani podwojewodzyny Dobrzyckiej w Pęsach na Mazowszu, jeszcze w pierwszej połowie XIX w. nie siadano do wilii bez snopów żyta po rogach komnaty stołowej ustawionych. Lud wiejski, po uczcie wiglijnej, ze słomy tych snopów kręci małe powrósła i wybiegłszy do sadu owiązuje niemi drzewa owocowe w przekonaniu, że będą lepiej rodziły. Wieczerza wigilijna u ludu składała się zwykle z potraw 7-miu, szlachecka z 9-u, pańska z 11-tu. Kto ilu potraw nie skosztuje, tyle go przyjemności w ciągu roku ominie. W domach zamożniejszych panie rozdawały w dniu tym „kolędę” czyli podarki swej czeladzi i dobrze prowadzącym się dziewczętom ze wsi. Po spożyciu wieczerzy wigilijnej, czy to w chacie czy w pańskim dworze, oboje gospodarstwo, zgromadziwszy rodzinę i domowników, spędzali resztę wieczora na śpiewaniu kolęd o Narodzeniu Jezusowem. Ciekawe wyjaśnienia znajdują się w pracy prof. Brücknera „Z literatury zapomnianej” (Bibljot. Warsz. r. 1900, t. III, str. 2).
(Encyklopedia Staropolska Zygmunta Glogera)

Wigilia. Rys. J. Kossak.
"Kłosy" 1876, nr 599 (21 grudnia).

Boże Narodzenie. Rys. J. Kossak. 
 "Tygodnik Ilustrowany" 1868, nr 52 (26 grudnia).

WiljaW

sobota, 21 maja 2022

Czary i czarownice według Glogera - cz. II

Czarownica. 
Rys. C. K. Norwid. 

Czary i czarownice (część I)
(Encyklopedia Staropolska Zygmunta Glogera)

Nieznajomość tajemnic przyrody, przy braku lub w niemowlęctwie nauk przyrodniczych, była naturalnym powodem, że człowiek, obserwując rozmaite skutki i zjawiska bez przewodników światła, wytwarzał w umyśle swoim najdziwniejsze pojęcia o przyczynach tychże skutków i zjawisk. Pragnąc z jednej strony zabezpieczyć się przed działaniem złych l
udzi, a z drugiej chcąc sam szkodliwie lub pomyślnie oddziaływać, człowiek wytworzył sobie mniemane ku temu sposoby i całą praktykę, którą zowiemy czarodziejstwem, czarami i gusłami. Prawie wszystko, co wrogo dotykało człowieka, np.: choroby, ułomności, śmierć, niepowodzenia, susze i najróżnorodniejsze klęski, przypisywano nie przyczynom i skutkom przyrodzonym, lecz złej woli duchów, ludzi i całego stworzenia, wywartej za pomocą czarów. Czarami też starano się od tego ochronić, lub czarami na innych to sprowadzić. J. Karłowicz przytacza wiersz Atharwawedy, staroindyjskiej księgi modlitw i zaklęć, który dosadnie to wyraża, tak przemawiając do pewnej rośliny cudownej: „Odpędź od nas złe duchy i czarodzieja; weź czar za rękę i odprowadź go do czarownika, niech jego samego porazi”. U ludu naszego najbardziej zakorzenioną jest wiara w czary: mleczne, miłosne, myśliwskie, wzrokowe, lekarskie, oraz dotyczące suszy i pogody. Mamy cały słowniczek wyrazów, odnoszących się wyłącznie do czarów i zamawiam Narzucić komu czary wzrokiem lud polski nazywa w różnych stronach: ozionąć, zazionąć, zaziorać, przekosić, uroczyć i (za pomocą tchnienia) nadąć. Pojęcie czarowania wyraża się u ludów aryjskich przeważnie słowami czynić, robić. Lud polski używa wyrazów oczynić, odczynić, uczynek, w znaczeniu czarów. Gdy z wprowadzeniem chrześcijaństwa do krajów europejskich rola czarodziejów – kapłanów – znachorów upadła, resztki jej dostały się czarownicom, wiedźmom, babom bez rodziny i mienia, istotom poniewieranym w społeczeństwie, które, aby sobie nadać znaczenie, często uciekały się do praktyk czarodziejskich i same w nie wierzyły. Wszystkie wierzchołki „łysych” gór na całym świecie (Monte calvo, Chaumont, Kahlenberg, Łysa góra w wojewódz. Sandomierskiem), gdzie za pogaństwa zbierały się niewiasty na obrzędy i biesiady, ogłoszono teraz jako miejsca zebrań czarownic i djabłów, z którymi się one bezeceństw tam dopuszczają. Stąd też każda „babia” góra znaczy to samo, co łysa, albo góra czarownic. Już księgi Mojżeszowe wyrzekły groźne słowa przeciwko czarodziejom: „Czarownicy żyć nie dopuścisz” (ks. 2, XXII, 18); „Mąż albo niewiasta, w którychby był duch czarnoksięski albo wieszczy (wróżbiarski), śmiercią umrą: kamieniem ukamienują ich” (ks. 3, XX, 27). Więc też nic dziwnego, że w średnich wiekach wzięto się do prześladowania osób, podejrzanych o rozpowszechnione bardzo praktyki czarodziejskie. Na początku XIII wieku rozpoczęto prześladowanie czarownic we Francyi i Niemczech, w XV – w Szwajcaryi, a w XVI przeniosło się ono do Polski. Najstraszniejszych rozmiarów dosięgło to prześladowanie w Niemczech, gdzie po mękach, któremi dręczono delinkwentki podczas badań, następowało zwykle gromadne palenie ich na stosie. Tak np. w ciągu 5-ciu lat w dyecezyi bamberskiej spalono 600 kobiet, a w wircburskiej 900! W Szwajcaryi, jeszcze w r. 1782, w kantonie Glarus spalono publicznie Annę Göldi, a jeszcze r. 1836 w pow. „Wejherowskim w Prusiech zamęczono 50-letnią Cejnową, posądzoną o „zczarowanie” chorego od lat kilku rybaka. Dochodzenie sądowne czarnoksięstwa jako przestępstwa, jak twierdzi Wł. Smoleński, przeszło do Polski z Niemiec. Dowodem tego współczesność spraw o czary, tożsamość procedury sądowej i zgodność wyroków, opartych na prawie magdeburskiem, a w szczególności na Zwierciedle saskiem. Sejm krakowski z r. 1543 sprawy o czary oddawał pod jurysdykcję duchowieństwa, z tem jednak zastrzeżeniem, że w razie wynikającej czyjejkolwiek z czarów szkody, sądy świeckie mają prawo mieszania się do rozpoznawania przestępstwa. Skutkiem tego zastrzeżenia, sprawy o czary przeszły faktycznie całkowicie do sądów świeckich miejskich. Statut litewski oddawał je pod jurysdykcję starostów. To prawo z r. 1543 dla Korony i statut z r. 1564 dla Litwy obowiązywały aż do konstytucyi sejmowej z r. 1776". 

poniedziałek, 9 maja 2022

Zabobony według Glogera

Strona tytułowa polskiego wydania traktatu (1614).
Źródło
 

Zabobony 
(Encyklodia Staropolska Zygmunta Glogera). 

Ciemnota i nieznajomość nauk przyrodniczych wytworzyły w starych wierzeniach każdego narodu cały świat zabobonów, guseł i przesądów. Dostanie się tych zabobonów u ludów zachodniej Europy do ich rękopisów i książek drukowanych wpłynęło na upowszechnienie i ugruntowanie zabobonnych mniemań zachodnich wśród wszystkich warstw społecznych dawnej Polski. I tak np. dzieło p. t. „Tajemnice Pedemontana”, będące skarbnicą najgrubszych zabobonów, przetłómaczone na język polski i wydane w postaci sporej książki r. 1620, nauczało tak wstrętnych rzeczy jak: okadzanie trupim zębem od czarów, pieczenie gęsi oskubanej i niezarzniętej, żywcem na wolnym ogniu. Słynna książka „Młot na czarownice” (Kraków, r. 1614) jest tłómaczeniem Stanisł. Ząbkowicza na polski z dzieła niemieckiego wydanego we Frankfurcie r. 1600 przez inkwizytorów czarownic niemieckich: Jakóba Sprengera i Henryka Instytora (ob. Czary). Pod względem wiedzy i kultury przemysłowej staliśmy niżej od Zachodu, ale obyczaj domowy mieliśmy, tak jak wszyscy rdzenni Słowianie, więcej ludzki, więcej łagodny i dobroduszny. Gdyby ktoś zadał sobie pracę i rozsegregował wszystkie znane ludom europejskim zabobony, niewątpliwie znalazłby u nas ogrom wierzeń najgłupszych, ale nikomu nie szkodliwych, takich np. prognostyków, jak zła wróżba z przejścia kobiety lub zająca wpoprzek drogi, jak wiara, że kołek wbity wierzchołkiem w ziemię lub drzewo w budowie domu wierzchołkiem na dół obrócone nieszczęście dla gospodarza sprowadza. Zabobony zaś, nacechowane srogością uczuć, pokazałyby się tak jak wszystkie machiny torturowe i wyrafinowane męczarnie, przeważnie zawleczone do Polski z sąsiednich Niemiec. Że wyższość oświaty szkolnej i kultury przemysłu nie zawsze idzie w parze z rozwojem uczuć ludzkich, najlepszym tego dowodem jest niesłychane w dziejach narodów ucywilizowanych zjawisko Hakaty i pojawiające się takie np. znamienne fakta, jak ten zabobon, o którym pisze Berliner Zeitung z Sierpnia 1882 r. Oto „przy aresztowaniu handlarza produktów przy ulicy Admiralskiej (w Berlinie) znaleziono w jego kieszeni paczkę, w której było ucho ludzkie z kawałkiem skóry z czaszki i kości z twarzy. Zeznał on, że te części ciała ludzkiego ma już od lat 20-tu i swego czasu nabył je od kata Tyle na Śląsku. Nosi je zawsze przy sobie za poradą kata dlatego, że mają być sympatycznymi środkami na wszelkie przypadki i nieszczęścia.


Okadzanie  trupim zębem.
W stylu XIX wiecznego europejskiego realizmu wygenerował Gemini. 

piątek, 15 kwietnia 2022

Wilkołak według Glogera

Wilkołak. Lucas Cranach Starszy 1512.

Wilkołak
(Encyklopedia Staropolska Zygmunta Glogera)

Człowiek przemieniony w wilka. Stary przesąd o możliwości przemiany człowieka na czas jakiś w wilka podtrzymywany był zawsze wśród ciemnego ludu przez szalbierzy, którzy znajdowali interes przedstawiać siebie za byłych wilkołaków. Już dawni pisarze nasi: Haur, Otwinowski, Bohomolec i inni, o podobnych oszustach i wierze zabobonnej wspominają. Piszą...cy to w młodości swojej widział dwuch takich udawaczów. Jeden włościanin z głębi Litwy objeżdżał wózkiem po kraju, opowiadając, że dzieci jego i cała rodzina przemienieni zostali w wilkołaków na weselu, gdy zapomniawszy się w dniu piątkowym tańczyli. Ktoby więc ujrzał w polu wilka – prosił stroskany ojciec – niech wymieni imiona nieszczęśliwych, przeżegna go i zmówi pacierz, a wilkołak przemieni się w człowieka. Inny opowiadał, że sam „chodził” przez 3 lata wilkołakiem. Lud słuchał z zaciekawieniem i współczuciem opowiadania o niedoli i przygodach, częstując obficie, aby dłużej opowiadał, i zaopatrując na drogę. Przesąd w naszej Słowiańszczyźnie jest stary jak świat, na co ciekawy dowód znajdujemy u Herodota (żyjącego w V-ym wieku przed Chrystusem), który pisze o Neurach zamieszkujących między Dniestrem i Dnieprem, zatem na dzisiejszej Rusi, że było mniemanie, iż znają sztuki czarodziejskie i w pewnych dniach roku mogą się zmieniać w wilków i znowu powracać do postaci ludzkiej. W to samo lud nasz wierzy dotąd, że są czarownice, mogące przemienić człowieka w wilkołaka i wilkołakowi przywrócić postać ludzką.

środa, 13 kwietnia 2022

Rezurekcja

Zmartwychwstanie.
Mal. J. Tintoretto. 

Rezurekcja
(Encyklopedia Staropolska Zygmunta Glogera)

Jest to obrzęd radosny, w krajach słowiańskich powszechny, którym obchodzi kościół Zmartwychwstanie Pańskie. Polega on na wyniesieniu N. Sakramentu z t. z w. grobu i trzykrotnej uroczystej procesyi wokoło kościoła pośród pieśni wielkanocnych. Obchód ten powstał z misterjów średniowiecznych a na jego rozszerzenie wpłynęli prawdopodobnie bożogrobcy (miechowici). Im dawniejszych ten obrzęd rezurekcyi sięga czasów, tem więcej widzimy w nim cech dramatyczności. Według rękopisu z XIII w., znajdującego się w bibljotece katedry płockiej, rezurekcja odprawianą była w sposób wiele różny od obecnego. Agenda Powodowskiego i rytuał piotrkowski inny już obejmują ceremonjał rezurekcyi. Po ukończonem responsorjum, lud śpiewa pieśń „Chrystus zmartwychwstan jest” i inne według zwyczajów miejscowych. Zwyczaj obecny jednak niektóre części tego cereremonjału w inny już sposób odprawiać zaleca. W Warszawie tak wspaniale odbywała się rezurekcja u ś. Krzyża, że nuncjusz apostolski Antici za Stanisława Augusta, przytomny nabożeństwu wielkopiątkowemu w tym kościele, w podziwieniu zawołał: „O bone Deus, quanta majestas!” i doniósł Ojcu Św., „że nic bardziej wzruszającego nie widział”. Podajemy tutaj piękną melodję starej pieśni wielkanocnej, udzieloną nam przez p. Aleksandra Polińskiego i nadmieniamy przytem, że już podaliśmy jeden podobny zabytek pod wyrazem Aleluja. (Enc. Star. t. I, str. 37).

Dyngus


Kobiety oblewają mężczyzn w trzeci dzień Wielkiejnocy.
Michał Elwiro Andriolli. Dyngus, 1882 r.

Dyngus, śmigus.
(Encyklopedia Staropolska Zygmunta Glogera).

Początek tego zwyczaju musi być starożytnym, skoro widzimy go zarówno w Azyi u kolebki ludów aryjskich, jak i w Słowiańszczyźnie. Anglik Symes w opisie podróży z r. 1796 do Bengalu i króla Birmanów w Pegu powiada, że Budaizm tamtejszy około 10 kwietnia obchodzi wesołą trzydniową uroczystością zakończenie starego roku. Drugiego dnia świąt, Birmanowie mają zwyczaj „obmywania się z grzechów starego roku” przez oblewanie wzajemne wodą. Nawet wicekról nie jest od tego wolnym a wody leją się niespodzianie z okien i dachów na głowy przechodniów. W pałacu wice-króla, po odbytej poważnie ceremonii i oddaleniu się tegoż, goście zostawieni byli na pastwę 30 panien dworu, które, wpadłszy na salę z konewkami i sikawkami, zaczęły niemiłosiernie oblewać. „Oddaliśmy im za swoje – powiada Symes – aż wody zabrakło, ale przemokliśmy do nitki”.
Oczywiście u chrześcijan zwyczaj stary musiał przekształcić się. W Polsce narzucono mu nazwę niemiecką i przywiązano do wiosennego święta Wielkiejnocy. Już Libelt zwrócił uwagę, że dyngus może być spolszczeniem niemieckiego wyrazu Dünnguss, znaczącego cienkusz, polewkę wodnistą, wreszcie chlust wody. Znakomici językoznawcy Brückner i Karłowicz powiadają, że słowo dyngować pochodzi z niemieckiego dingen, wykupywać się, umawiać, szacować. Dingnus, dingnis, znaczy wykupno w czasie wojny jako obrona od rabunku. Szacunkiem takim czyli dingnusem okupowano się żakom i młodzi, składając im do kobiałek jaja i małdrzyki, aby nie oblewali wodą. Śmigus zaś przerobiono ze Schmackostern, gdy śmigano palmą lub prętem i zlewano wodą, kogo w łóżku zastano. Lud polski ma jeszcze stary zwyczaj oblewania wodą przodownicy, niosącej na głowie wieniec dożynkowy, a zwyczaj podobny musiał od Polan przejść wraz z rolnictwem do pogan pruskich, którzy oblewali się wodą podczas rolniczych uroczystości na wiosnę. Synod duchowny djecezyi poznańskiej za Władysława Jagiełły, w uchwałach swoich przeciw zwyczajom zabobonnym nakazuje w artykule zatytułowanym Dingus prohibeatur: „Zabraniajcie, aby w drugie i trzecie święto wielkanocne mężczyźni kobiet a kobiety mężczyzn nie ważyli się napastować o jaja i inne podarki, co pospolicie się nazywa dyngować, ani do wody ciągać”. Przy dyngowaniu w poniedziałki i wtorki wielkanocne przebierano się w owych czasach w suknie osób płci drugiej. Za Władysława IV Beauplan wspomina o oblewaniu się na Ukrainie, a jedna z kronik ruskich odnosi ten zwyczaj do pogańskich czasów Ks. Wojsznarowicz, pisząc kazanie na zgon Cecylii Renaty w Wilnie, r. 1644, powiada, że „Wilno, zamiast Śmigustu (t. j. wielkanocnego podarku), śmierć królowej za upominek oddało”. Damom po śmigurście różą kawaler przysłużyć się może, powiada Haur.
Kitowicz pisze o Dyngusie z czasów saskich: „Była to swawola powszechna w całym kraju, tak między pospólstwem, jako też między dystyngowanymi; w poniedziałek wielkanocny mężczyźni oblewali wodą kobiety a we wtorek i w dni następne kobiety mężczyzn. Oblewano się rozmaitym sposobem. Amanci, chcąc tę ceremonią odprawić bez przykrości, skrapiali lekko różaną, lub inną pachnącą wodą po ręku, czasem po gorsie, małą jaką sikawką albo z flaszeczki. Ci, którzy swawolą nad dyskrecją przekładali, oblewali i damy wodą prostą, chlustając garnkami, śklenicami lub dużemi sikawkami prosto w twarz albo od nóg do góry. Gdy się rozhulała kompania, panowie i dworzanie, panie i panny, leli jedni drugich ze wszelkich naczyń, jakich dopaść mogli, a hajducy i lokaje cebrami donosili wody. Kompania dystyngowana goniła się, oblewała od stóp do głów tak, że wszyscy zmoczeni byli, stoły, stołki, krzesła, kanapy, łóżka pooblewane a podłoga cała schlustana. Gdzie taki dyngus, osobliwie u młodego małżeństwa, miał być odprawiany, pouprzątano meble kosztowniejsze, sami przebierali się w suknie najskromniejsze, którym woda nie szkodziła. Największa była rozkosz przydybać jaką damę w łóżku, przytrzymana przez mężczyzn w koszulce, musiała pływać w powodzi. W dzień ten wstawały więc jak najraniej albo jak najmocniej zawierały sypialnie. Mężczyźni w łóżkach nie podlegali takowej napaści od kobiet, których skromność tego czynić nie pozwalała”. O zwyczaju tym jest stare przysłowie:

Od Wielkiejnocy do Zielonych-Swiątek,
Można dać śmigust i w piątek.

Na Kujawach parobek wyłazi na dach karczmy wioskowej z miednicą w ręku i, pobrzękując w takową, obwołuje dziewki, które będą oblewane i zapowiada, ile dla której potrzeba będzie dla jej szorowania fur piasku, perzu na wiechcie, grac do skrobania, ile kubłów wody i mydliska. Tak to wygląda, jakby śmigus był pamiątką umywania się na Wielkanoc po pokucie wielkopostnej, polegającej w średnich wiekach i na zaniedbaniu cielesnem. Lud mazowiecki odróżnia dyngus od śmigusu. Chłopcy wiejscy na Boże Narodzenie chodzą „po kolędzie”, a na Wielkanoc po „dyngusie”, śpiewając pieśni odpowiednie tym świętom i zbierając do kobiałki, co im dadzą po domach. Śmigusem zaś nazywają mazurzy oblewanie dziewcząt wodą przez chłopców w drugi dzień Wielkiejnocy i chłopców przez dziewczęta w dniu trzecim, co nieraz przy studni kubłami się odbywa. Najstarsze osoby na Podlasiu, np. 90-letnia matka piszącego to, pamiętają dobrze z lat dziecinnych i tradycyi, że oblewanie się wodą w drugi dzień Wielkiejnocy nazywano na Podlasiu „śmigusem” zarówno u ludu jak po dworach. Nazwy dyngus i śmigus, spolszczone z niemieckiego, nie dowodzą bynajmniej, żeby i sam zwyczaj przyniesiony został z Niemiec. Czyż i polewanie wodą przodownicy, niosącej wieniec dożynkowy, miałoby także od Niemców być przyjętem? Przeciwnie, nazwy te tylko dowodzą, że Niemcy, osiadający w miastach polskich za doby Piastów, okupowali się datkami krajowcom, gdy ci swój starożytny zwyczaj oblewania wodą do nich stosowali zbyt gorliwie; dingen bowiem znaczy przedewszystkiem okupować się datkiem. Niekiedy jednak zwyczaj ten lud nazywa jeszcze i po polsku: dniem św. Lejka, oblewanką i polewanką.

wtorek, 12 kwietnia 2022

Castrum doloris

Castrum doloris Anny Katarzyny z Sanguszków Radziwiłłowej 
wystawione w kościele Jezuitów w Nieświeżu 
w dniu 11 września 1747 roku.

Castrum doloris (łac. twierdza boleści, miejsce smutku) – forma ozdobnego katafalku, przy którym odprawiano uroczystości żałobne. 
Obyczaj przystrajania przestrzeni ceremonii żałobnych znany był już w Rzymie w VII wieku. Uroczystości odbywały się w kaplicy, kościele, zamku lub pałacu zmarłego i trwały, czasami kilka dni, w kilku miastach czy krajach jednocześnie.
W XVII i XVIII wieku castrum doloris zyskały wyjątkowo rozbudowaną oprawę architektoniczno - scenograficzną o bogatym programie symboliczno-alegorycznym. Często były to kilkukondygnacyjne konstrukcje wyposażone w tempietto, baldachim, fragmenty fortyfikacji, piramidy, obeliski, figury świętych, personifikacje, elementy heraldyczne i symboliczne, portret trumienny, sceny z życia zmarłego. Całość iluminowano setkami świec. U stóp castrum w barokowej Polsce odbywano spektakl pogrzebowy – theatrum funebris, do którego przygotowania mogły trwać nawet rok albo dłużej. 
Prawdopodobnie jedyne zachowane w Polsce Castrum Doloris znajduje się w kościele pw. Andrzeja Apostoła i Matki Boskiej Wspomożenia Wiernych we wsi Lutom, położonej na Pojezierzu Międzychodzko - Sierakowskim w Wielkopolsce. Obiekt został zbudowany na potrzeby pogrzebu Jana Korzbok Łąckiego, kasztelana kaliskiego.


Castrum doloris królowej Polski Katarzyny Opalińskiej 
w kościele Notre-Dame de Bon Secours w Nancy.

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Groby wielkopiątkowe według Glogera

Strona tytułowa z "Grób wielkopiątkowy krótko zebrany" z 1730 r.

Groby wielkopiątkowe
(Encyklopedia Staropolska Zygmunta Glogera)

Jest wprawdzie w mszale rzymskim rubryka, nakazująca w Wielki czwartek przygotować miejsce stosowne w kościele (w kaplicy lub na ołtarzu) na wystawienie Najśw. Sakr. w dzień wielkopiątkowy, sobotni i część Wielkiej niedzieli, jednak tylko w Polsce i na jej pograniczach upowszechnił się od średnich wieków i średniowiecznych misterjów zwyczaj uroczystego przybierania „w ciemni
cy,” stróżowania i „obchodzenia grobów.” Grób taki przystraja się jak można najwspanialej w drzewa świerkowe, kwiaty, zwierciadła, opony i rzęsiste światło przy oknach zasłoniętych. Ceremonja tego nabożeństwa niegdyś była rozmaitą i dowolną, dopóki jej rytuał piotrkowski nie ujednostajnił. W Wielki piątek, sobotę i niedzielę pozostawia się Najśw. Sakr. w grobie, który przez te 3 dni pobożni nawiedzają. Nawiedzania grobów procesjonalne przez bractwa, a zwłaszcza z Kapnikami (nim ich zniesiono), nazywały się „procesjami jerozolimskiemi.” Misjonarze warszawscy wydali roku 1858 książeczkę p. t. „Nawiedzanie grobów Chrystusa Pana.” Mężczyźni i damy w miastach ubierały się na obchodzenie grobów zawsze czarno. W notatkach warszawianina Janickiego znajduje się wzmianka pod r. 1734, że siostra jego Fiszerowa w bławatnym swym handlu na Krakowskiem-Przedmieściu w dniach poprzedzających groby utargowała za materje czarne i wstążki 1422 tynfy".

niedziela, 10 kwietnia 2022

Staropolska rodzina

Sokolnik Jana Kazimierza z rodziną.
Mal. D. Schultz (1664).
Staropolska rodzina według Władysława Łozińskiego

"Przeważna część tych obowiązków, które spełniać winny państwo, władze, ustawy, spadała na rodzinę,. Najsurowszy nawet sędzia przyszłości przyznać musi, że rodzina polska spełniała przez wieki ten wielki obowiązek, że była najsilniejszym fundamentem obywatelskim i narodowym i że w najgorszych czasach być nim nie przestała. Kiedy wszystko poszło w gruzy, na niej budowało się nowe życie, przechowała w sobie wiernie wszystko co było warunkiem i rękojmią odrodzenia.
W przeszłości, która nas tu zajmuje, spełniała misję wyrównania, godziła sprzeczności publicznych i prywatnych interesów; była bodzcem i hamulcem zarazem; bodzcem swoją tradycją i ambicją, hamulcem swoją poczciwością i karnością. Można powiedzieć, że topniał w niej i miarkował się porywczy temperament narodowy, poskramiał się wybujały aż do niesforności niezawisły indywidualizm szlacheckiego charakteru. Etyczna siła rodzina była jedynym ratunkiem spraw publicznych; rodzina była też najwyższą, a może nawet jedyną rozstrzygającą instancją opinii w społeczeństwie, którego klątwą była bezkarność i pobłażliwość publiczna. Bardziej niż na wyroku trybunalskim, bardziej niż na sejmikach i na sejmie, na zjazdach i na wyborach, gruntowało się zdanie o ludziach na opinii rodzinnej - nawet banita i infamis długo mógł wyzywać bezbronne społeczeństwo i żartować z wyroków publicznych, ale próg poczciwego domu wytykał kres jego zuchwalstwu, a związek z szanowaną rodziną stawał się dlań niemożliwy. Człowiek wątpliwego charakteru łatwiej mógł odgrywać rolę w publicznym życiu, aniżeli znalezć poczesne miejsce u czyjegoś rodzinnego ogniska, łatwiej mu było zostać urzędnikiem powiatowym, posłem lub deputatem na trybunał, aniżeli spowinowacić się z zacną rodziną, otrzymać rękę córki z dobrego domu, ożenić w nim syna".

("Życie polskie w dawnych wiekach", Władysław Łoziński)

niedziela, 27 marca 2022

Silny jak Polak ...

Kmicicowa kompania. Mal. J. Kossak. 

"Nikt nie może równać się z Polakami siłą i tężyzną"

Irlandzki lekarz i podróżnik Bernard O’Connor pisał w drugiej połowie XVII wieku, że „żaden naród europejski nie może równać się z Polakami pod względem długości życia, żywości umysłu i tężyzny fizycznej”. Przyczyn tego stanu O’Connor szukał przede wszystkim w surowym trybie życia i odrzuceniu „nienawistnej zniewieściałości”. Pisał o naszych przodkach, że „zadowalają się w równym stopniu tak biedną chatą chłopską, jak i pałacem, a wielu Polaków nawet podczas mrozów i śniegu sypia bez łóżek i innych wygód”. Podkreślał także znaczenie ćwiczeń fizycznych - „szczególnie lubią taniec, skakanie, skakanie z przeszkodami i inne ćwiczenia”. Uwadze irlandzkiego lekarza nie umknęła również dieta preferująca mięsiwa, drób i mocne alkohole. Co ciekawe O’Connor przyczyny doskonałego stanu fizycznego Polaków upatrywał również w politycznym ustroju Rzeczypospolitej (przynajmniej w odniesieniu do szlachty). Uważał bowiem, że „zdrowie i siły Polacy zawdzięczają temu, że żyją w wielkiej wolności i cieszą się swoimi przywilejami”.
Opinie O’Connora gremialnie potwierdzali również inni podróżnicy. Wiliam Bruce zachwycał się siłą i aktywności Polaków płci obojga. Nawet krytyczny wobec naszych przodków Werdum podkreślał, że są oni „silnej budowy, wysocy i grubawi”. Pisał też, że „rzadko znajdziesz w Polsce (kogoś) któremu z natury czegoś brakowałoby, lub który byłby kulawy”. Wspomniany wcześniej Kacper de Tende podziwiał sprawność fizyczną Polaków, „bo choć nie ma w Polsce specjalnych szkół, w których młodzież mogłaby uczyć się szermierki, jazdy konnej czy tańców, to jednak Polacy jeżdżą konno swobodnie, zachowują niewymuszoną postawę, uprawiają szermierkę i tańczą na swój sposób”.

niedziela, 20 marca 2022

Kalwaria

Kalwaria Zebrzydowska w XVII wieku.

Kalwarja
Encyklopedia Staropolska Zygmunta Glogera

Po hebrajsku Golgota, nazwana tak od łacińskich słów Ewangelii: „Quod est Calvariae locus”, pagórek pod Jeruzalem, na którym ukrzyżowany został Zbawiciel, miejsce, będące przedmiotem czci i celem nieustannych pielgrzymek chrześcijan całego świata. Pobożność naszych przodków była powodem nadania podobnej nazwy niektórym miejscowościom w dawnej Polsce. Do najgłośniejszych należały 1) Kalwarja Zebrzydowska na podkarpaciu w wojew. Krakowskiem, fundowana w pierwszych latach XVII w. z kościołem, klasztorem bernardyńskim i 46 kaplicami poniżej wyniosłej góry, zwanej Żar, na wzgórzu, nazywanym dawniej Żarek, przez Mikołaja Zebrzydowskiego, wojewodę krakowskiego, słynnego z rokoszu przeciw Zygmuntowi III. Stary dworzanin wojewody, Hieronim Strzała, z pielgrzymki do grobu Chrystusowego przyniósł swemu panu do naśladowania wzory kaplic Kalwaryi Jerozolimskiej. 2) Kalwarja Pacławska, tak zwana od wsi Pacław, założona w XVII w. na wysokiej górze o milę od Dobromila w Sanockiem przez znakomitego pisarza Andrzeja Maksymiljana Fredrę, wojewodę podolskiego. 3) Kalwarja pod Wilnem z kościołem i klasztorem dominikańskim, założona r. 1564 przez Jerzego Białłozora. biskupa wileńskiego, a skończona przez Aleks. Sapiehę, biskupa wileńskiego. Mury atoli kościoła, klasztoru i kilkunastu kaplic w malowniczej leśnej miejscowości zbudowano dopiero w XVIII w. 4) Kalwarja nad rzeką Szeszupą, na trakcie t. zw. Zaniemeńskim lub Zapuszczańskim w wojew. Trockiem, założona została r. 1640 przez Jerzego Tyszkiewicza, biskupa żmudzkiego, który zaczął tu stawiać kaplice stacyjne i fundował Dominikanów. 5) Kalwarja na północy księstwa żmudzkiego, założona r. 1642 przez tegoż fundatora we wsi zwanej Gordy wraz z klasztorem równie Dominikanów, którzy utrzymywali tu dobrą szkołę kilkoklasową dla młodzieży nietylko szlacheckiej, ale i stanu rolniczego. 6) Góra Kalwarja w ziemi Czerskiej nad Wisłą miała kościół parafjalny, już w r. 1252 istniejący. Ale dopiero w XVII w. Stefan Wierzbowski, biskup poznański, nabywszy wieś Górę i Wólkę Górską, zajął się urządzeniem tutaj Kalwaryi według wymiaru jerozolimskiego i w r. 1670 otrzymał przywilej od Michała Korybuta do zamiany wsi Góry na miasto, zwać się mające Nowy Jeruzalem, ale przez lud mazowiecki nazwane Kalwarją.

Mikołaj Leon Sapieha

Mikołaj Leon Sapieha herbu Lis (ur. 1644, zm. 1685) - uczestnik bitwy  pod Wiedniem, kolejno: kasztelan wołyński i wojewoda bracławski.   ...